mądrości nie znajdziesz w gazecie

Piętrzące się stosy gazet, góra wycinków – James Kullander czuje, że ​​mogą zawierać pewne fakty, które odmieniłyby jego życie. W głębi duszy wie jednak, co byłoby naprawdę przeobrażające.

Pewnego pogodnego letniego dnia, wiele lat temu, siedziałem na masce należącego do sąsiada samochodu kombi marki Plymouth i przeglądałem „New York Timesa”. Moi rodzice nie kupowali tej gazety, więc od czasu do czasu wędrowałem przez las do domu naszego sąsiada i czytałem ich egzemplarz. Chodziłem też tam, by odwiedzać moją przyjaciółkę, dziewczynę w moim wieku. Być może czytając przed nią gazetę mógłbym jej zaimponować moją światowością.

Nigdy nie byłem zbyt dobry w sporcie i byłem do bólu nieśmiały. Dziewczyna, smukła blondynka, była dobra w składaniu różnych rzeczy z papieru. Kiedy czytałem, wzięła część „Timesa”, zrobiła z niego duży gazetowy kapelusz, położyła mi go na głowie i roześmiała się. Też mi się to wydało zabawne więc przyłączyłem się do gry. Inny przyjaciel, który miał własnego 35-mm Nikona i ciemnię, strzelił mi fotkę. Na zdjęciu widać mnie z dużym kapeluszem z gazety na głowie; przeglądam nagłówki w pozostałej części dziennika, rozpostartego przede mną. Na mojej twarzy maluje się duży uśmiech. Mam trzynaście lat.

Codziennie przechodzę obok tego zdjęcia i zazwyczaj wywoływało u mnie uśmiech. Ale ostatnio patrzyłem na nie z przykrym uczuciem, oglądając w telewizji wylew reality show poświęconych patologicznemu zbieractwu, takich jak Hoarders and Hoarding: Buried Alive [Zbieracze i zbieractwo: pogrzebani żywcem] i widząc całą tą uwagę medialną, skierowaną nagle na wszelkiej maści graciarzy. W obrazach niesamowitych rupieciarni, w jakie ludzie przemienili swoje domy, zobaczyłem otaczające mnie zewsząd moje własne, grożące zawaleniem, stosy gazet.

Dla ludzi, którzy cierpią na kompulsywne zbieractwo proces pozbycia się nagromadzonych rzeczy nie jest prosty. Dla nich nie są one niepotrzebne a próba ich wyrzucenia to emocjonalna gehenna. Niektórym łatwiej jest rozwieść się z małżonkiem, zerwać więzy z dziećmi, a nawet ryzykować życiem i zdrowiem

Wszyscy mamy gdzieś pochowane jakieś śmieci – w szufladzie, szafie, na strychu, w piwnicy – ale to, co działo się ze mną przez te wszystkie lata, jest trochę poważniejsze. Niedawno, szukając pomocy, sięgnąłem po grubszy kaliber – przewodnik dla terapeutów. „Kupujemy to, czego potrzebujemy, czasami więcej, i pozbywamy się, przetwarzamy, rozdajemy lub sprzedajemy to, czego nie potrzebujemy” – czytam w Kompulsywnym gromadzeniu i nabywaniu autorstwa Gail Steketee i Randy O. Frost. „Ale dla ludzi, którzy cierpią na kompulsywne zbieractwo” – kontynuuje tekst – „proces ten nie jest tak prosty. Oni tego, co posiadają nigdy nie ‘odczuwają’ jako czegoś niepotrzebnego czy zbędnego, a próba pozbycia się tego to straszliwa emocjonalna gehenna. Niektórym łatwiej jest rozwieść się z małżonkiem, zerwać więzy z dziećmi, a nawet ryzykować życiem i zdrowiem”.

Psychologowie podają wiele powodów, dla których ludzie gromadzą rzeczy. Niektórzy mówią, że to genetyczne; niektórzy sądzą, że to forma zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych; inni twierdzą, że może to być związane z nieprawidłowościami w budowie mózgu lub jego uszkodzeniami. Myślę, że dla mnie wszystko zaczęło się od potrzeby poznania, chociaż nie pamiętam dokładnie, kiedy i jak to się stało. Być może wyszedłem na głupka, bo nie znałem odpowiedzi na jakieś pytanie. Być może przegrałem dyskusję – lub zakład – ponieważ nie posiadałem właściwej informacji. Pamiętam zwłaszcza iż wydawało mi się, że wszystko, co powinienem wiedzieć, znajduje się w codziennej gazecie.

Tak więc codziennie, wysiadłszy ze szkolnego autobusu, brałem się za popołudniowe wydanie „Bridgeport Post”, wyciągnięte ze skrzynki pocztowej na końcu naszego podjazdu i ślęczałem nad jego stronicami, podczas gdy moi przyjaciele, wciąż w szkole, uczestniczyli w próbach teatralnych, ćwiczyli w orkiestrze lub uprawiali sport. Nie wstydziłem się tego ani też nie wprowadzało mnie to w zakłopotanie. Prawdę mówiąc to byłem z siebie dość dumny. Żaden z moich przyjaciół nie czytał gazet z taką jak ja uwagą. Może sprawiało to, że czułem się dorosły, o niebo lepszy od innych.

Z niektórych obsesji wyrastamy, ale ja z tej nie wyrosłem. Nigdy nie mogłem zatrzymać w głowie wszystkiego tego, co czułem, że muszę lub chcę wiedzieć i być może to właśnie wtedy moja potrzeba wiedzy przepoczwarzyła się w obsesję. W latach młodzieńczych zacząłem zbierać wycinki prasowe, segregować je w teczkach uporządkowanych tematycznie i składać w wysokich, szarych szafkach na dokumenty i jeszcze długo po tym, jak zagłębiłem się w buddyzm, który uczy o emocjonalnym bólu wywołanym przez przywiązanie do starych nawyków, nadal gromadziłem wokół siebie gazety, aby chronić delikatne poczucie „ja”, które bez nich czuło się zagrożone. Gdziekolwiek się przeprowadziłem, te szafki z dokumentami i stosy gazet szły ze mną, rosnąc jak stalagmity w każdym pokoju, w każdym mieszkaniu i domu, w którym mieszkałem. W miarę jak mijały lata zacząłem czuć się przez nie zakłopotany. Kiedyś nie chciałem nawet wpuścić hydraulika do domu, żeby naprawił uszkodzoną rurę, z obawy przed tym, co o mnie pomyśli.

Wszyscy, z którymi rozmawiam o moim położeniu, dają mi taką samą radę: pozbądź się gazet. Możesz teraz znaleźć wszystko online. Daj krok naprzód. Zrób miejsce w swoim życiu na coś nowego. W końcu jesteś chyba jakimś buddystą, docinają mi. Śmieję się i wzruszam ramionami. Ale w głębi duszy pomieszanie nie daje mi spokoju. Przez ostatnie lata podejmuję nieśmiałe próby sprzątania i wykładania na chodnik, do recyklingu, stosów pożółkłych egzemplarzy „Wall Street Journal” czy „New York Timesa”. Ale kiedy to robię, jestem przekonany – i bardzo się tego obawiam – że w stosie, do którego odwracam się plecami, znajduje się coś, co muszę poznać, a teraz nigdy się tego nie dowiem. Jakaś wiedza lub fakt, który zmieni moje życie.

Jednocześnie wiem, że tak naprawdę przemieniło by moje życie pozbycie się gazet. Anulowałem wszystkie prenumeraty gazet i czasopism, a ostatnio poprosiłem przyjaciela, by pomógł mi rozpocząć żmudny proces sprzątania. Zakończyliśmy dzień pokaźną ilością wypchanych gazetami trzydziestu dziewięciu toreb na zakupy (też oczywiście przeze mnie zgromadzonych), które wylądowały do recyklingu na chodniku przed domem. Znalazłem nawet wycinek „New York Timesa” zatytułowany: „Co robić w przypadku zagracenia? Po prostu wyrzucić!”. Data wycinka: 9 listopada 1995 r.

Próbuję skoncentrować się na podstawowych naukach buddyjskich, zawartych w czterech szlachetnych prawdach, które poznałem wiele lat temu: w życiu istnieje cierpienie, cierpimy w takim stopniu, w jakim pożądamy i lgniemy, jest na to antidotum i jest nim ośmioraka ścieżka, która pokazuje nam, jak żyć z umiarem. Dla mnie to umiarkowanie wygląda jak dom, w którym nie muszę przepychać się, lawirując, przez stosy gazet, gdzie przyjaciele mogą usiąść przy moim kuchennym stole i wspólnie ze mną zjeść posiłek. Niby nic skomplikowanego, ale mimo to trudne dla mnie do wdrożenia w praktyce.

Wiem już, że żadna wiedza nie zmieni mojego życia. „Mądrość jest jedyną rzeczą, która ostatecznie ratuje ludzi przed cierpieniem” – powiedział buddyjski uczony Robert Thurman podczas niedawnej rozmowy, w której uczestniczyłem. Kiedy usłyszałem te słowa, wróciłem myślami do mojego oddalonego o kilka mil domu, cicho jęczącego w nocy jak ktoś, kto za dużo zjadł. Buddyzm uczy nas, że największym umysłem jest umysł, który odpuszcza, a największa mądrość pochodzi z widzenia na wskroś przez pozory.

Przypomina mi się historia zen o dwóch mnichach wracających pewnego wieczoru do klasztoru. Padało i piękna młoda kobieta stoi na ścieżce, nie mogąc iść dalej z powodu wielkiej kałuży, blokującej jej drogę. Starszy z dwóch mnichów bierze ją w ramiona, przenosi przez kałużę i rusza dalej w swą drogę. Wieczorem tego samego dnia młodszy mnich podchodzi do starszego mnicha i mówi: „Panie, jako mnisi nie możemy dotykać kobiety, prawda?”. Starszy mnich odpowiada: „Tak, bracie”. Wtedy młodszy mnich pyta: „Ależ, panie, jak to się stało, że podniosłeś tę kobietę po drodze?”. Starszy mnich uśmiecha się do niego i mówi: „Ja zostawiłem ją na poboczu drogi ale ty wciąż ją niesiesz”.

James Kullander
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s