ja to ty, ty to ja

Przez większość czasu jesteśmy tak przyzwyczajeni do samolubstwa, że ​​ledwo to zauważamy. Nasz własny interes jest jak hałas w tle, którego już nie słyszymy

Ćwiczenie: akceptowanie siebie nawzajem

To ćwiczenie wykonują dwie osoby. Na początek usiądźcie spokojnie razem, albo obok siebie lub twarzą w twarz. Poświęćcie trochę czasu na uspokojenie umysłu, skupiając uwagę na oddechu. Nie śpieszcie się lecz dajcie sobie wystarczająco dużo czasu na uspokojenie i poczucie się wygodnie, po prostu siedząc blisko siebie.

Następny krok polega na świadomym włączeniu partnera do swojej praktyki. Podczas wydechu, rozciągnij swoją uwagę na niego a kiedy wdychasz, świadomie włącz go do swojej świadomości. Bądź tak prostolinijna, jak to tylko możliwe. Nie analizujesz stanu umysłu partnera ani nie próbujesz go zrozumieć, ale po prostu jesteś świadoma jego obecności.

Na koniec zwróć uwagę na przestrzeń między tobą a twoim partnerem i wasze połączenie ze sobą. Przy wydechu w tej wspólnej przestrzeni umieść akceptację i zwykłą przyjaźń z partnerem. Przy wdechu przyjmij do siebie akceptację i przyjaźń, które przekazuje partner. Poczuj jak energia akceptacji i przyjaźni krąży między waszą dwójką. Na zakończenie spędźcie kilka minut razem, po prostu siedząc w ciszy.

Kiedy siedzimy tak w ciszy z inną osobą, stopniowo stajemy się bardziej świadomi jej obecności. Zaczynamy ją akceptować i doceniać. Te dwie cechy, świadomość i akceptacja, są podstawą życzliwości. Lecz my ciągle jesteśmy pogrążeni w sobie i tracimy z oczu naszą świadomość innych. Kiedy jesteśmy uwikłani w nasze własne troski, nasze uznanie i świadomość znikają. Znikają całkowicie – paf!

Możemy nie zauważać naszej tendencji do koncentrowania się na własnych problemach oraz ignorować troski innych. Jeśli jednak chcemy kultywować życzliwość, najpierw musimy zrozumieć nasz własny egoizm. To właśnie jest punkt wyjścia. Musimy przystanąć i dobrze przyglądnąć się tej fiksacji na sobie samym.

Przez większość czasu jesteśmy tak przyzwyczajeni do samolubstwa, że ​​ledwo to zauważamy. Nasz własny interes jest jak hałas w tle, którego już nie słyszymy. To ciągłe brzęczenie, którego, jak się wydaje, nie da się wyłączyć. Kiedy zajmujemy się naszymi sprawami, zawsze mówimy: „Co z tego będę miała, co z tego będę miała?”. Ten podtekst jest obecny niezależnie od tego, czy rabujemy banki, czy pracujemy na oddziale intensywnej terapii. Z tego powodu nasze działania zawsze mają drugie dno.

W przypadku dzieci samolubstwo jest bardziej widoczne. Jeśli poprosisz dziecko o ukrojenie dwóch kawałków ciasta, jednego dla niego i drugiego dla siostry, to prawdopodobnie jego kawałek będzie trochę większy – lub jeśli nie większy, to będzie miał wisienkę. Sprytne matki proszą by jedno dziecko ukroiło ciasto i pozwalają by drugie wybrało kawałek, który chce. W ten sposób uzyskujemy chirurgiczną dokładność w krojeniu ciasta.

Zanim dorośliśmy, powiedziano nam żeby się dzielić z innymi i wiemy dobrze, że lepiej nie okazywać w rażący sposób naszego samolubstwa. Nie oznacza to jednak, iż zniknęło a jedynie, że jesteśmy bardziej podstępni. Możemy po prostu umieścić w naszym ryżu dodatkowego, szczególnie smacznie wyglądającego grzyba albo możemy też przejść do bardziej zaawansowanej formy samolubstwa i podzielić się nim, by móc rozkoszować się naszą cnotliwością!

Nasze skupianie się na nas samych nie musi być aż tak niskich lotów; może być tak subtelne jak niekwestionowalne założenie, że jesteśmy centrum, a wszystko inne jest marginesem. Polega to na tym, że choć uważamy iż inni ludzie się liczą, to jednak my liczymy się ciut bardziej. Jeśli spojrzysz na pokój pełen ludzi, może się zdarzyć, że ​​każdy otoczony będzie wiankiem, którego jest centrum, a wszyscy pozostali to margines. Tak więc wszyscy patrzą i sprawdzają, patrzą i sprawdzają, każdy z perspektywy własnego, małego świata. To jak gra, w którą bawiłam się z każdą z moich córek, kiedy to mówiłam: „Ja to ja, a ty to ty”, a one odpowiadały: „Nie, ja to ja, a ty to ty!”. Oczywiście ta gra może trwać w nieskończoność, ponieważ nikt nie zechce ruszyć się ze swej pozycji centrum wszystkiego.

Gdy spotyka nas wielki ból, wtedy najtrudniej wyjść poza nasze własne troski. Bardzo znana jest opowieść o spotkaniu Buddy z rozpaczoną kobietą, niosącą ciało swego jedynego dziecka. Kobieta jest całkowicie pogrążona w smutku. Straciła wszystko – rodziców, męża, całą rodzinę, a teraz straciła jeszcze jedynego syna. Nie pozwoliła, by inni mieszkańcy wioski wzięli go lub pochowali; nie chce nawet przyznać, że nie żyje. Kiedy jej przyjaciele dowiadują się, że Budda zjawi się w ich  okolicy, sugerują, by poszła i poprosiła go o uzdrowienie syna. W swej desperacji udaje się do Buddy i prosi o pomoc. Ten mówi pogrążonej w żałobie matce, że faktycznie pomoże jej, ale tylko wtedy, gdy przyniesie mu nasiona sezamu z domu rodziny, która nie doświadczyła śmierci.

Odetchnąwszy z wielką ulgą, kobieta wyrusza na poszukiwanie nasion. Chodząc od domu do domu nie znajduje ani jednego, którego mieszkańcy nie mieliby historii o jakiejś stracie. Gdy tak szuka nasion sezamu, jej zaabsorbowanie własnym bólem stopniowo mija – uświadamia sobie ile cierpienia jest wszędzie  wokół niej. I gdy w końcu wraca do Buddy jest już gotowa by pochować ciało swego dziecka.

Praktyka kontemplacyjna, zwana tonglen w języku tybetańskim lub „branie i dawanie” po polsku, opiera się bezpośrednio na tej silnej tendencji do skupiania się na sobie. Praktyka tonglen odkrywa głębię naszego zamartwiania się sobą i zaczyna ją podważać. To praktyka pomyślana specjalnie po to, aby usunąć tę przeszkodę i wiele innych zawad, które stoją na drodze naszej naturalnej skłonności do życzliwości.

Tonglen jest czasami opisywane jako praktyka „wymiany siebie na drugiego”. Dzieje się tak dlatego, że celem tonglen jest całkowite odwrócenie tego opartego na stałym wzorze egocentryzmu do tego stopnia, że zamiast stawiać na pierwszym miejscu siebie, umieszczamy tam innych. Więc gdybym miała kontynuowałbym tę grę z moją córką, wyglądałoby to inaczej: „Jestem tobą a ty jesteś mną”; „Nie, ja jestem tobą a ty jesteś mną!”. Praktyka tonglen wychodzi od punktu, w którym nade wszystko przedkładamy siebie, poprzez etap pośredni postrzegania nas samych i innych na równi, aż po etap końcowy, kiedy to w pierwszym rzędzie liczą się inni.

Gdy skupiamy się na sobie, wtedy nasze działania wzmacniają ten pogląd poprzez chwytanie tego, co buduje nasze „ja” i odrzucanie wszystkiego tego, co nam zagraża. Nasze zwyczajowe postępowanie polega na ochronie siebie poprzez ciągłe szukanie i wybieranie, akceptację i odrzucanie – ale w praktyce tonglen, jak już powiedzieliśmy, odwracamy nasze zwykłe podejście. Zamiast brać to, czego pragniemy i odrzucać to, czego nie chcemy, przyjmujemy to, co odrzuciliśmy i wysyłamy to, czego pragniemy – czyli w zasadzie przeciwieństwo „normalności”. Praktyka tonglen całkowicie odwraca nasz zwykły sposób podchodzenia do sprawy.

Dlaczego, na niebiosa, ktoś chciałby uprawiać tonglen? Po pierwsze, nasze zwyczajowe podejście do spraw nie jest wcale aż tak satysfakcjonujące. W tonglen, w miarę jak stajemy się bardziej świadomi zakresu naszego egocentryzmu, zdajemy sobie też sprawę, jak bardzo ograniczony jest taki pogląd. Poza tym, niezależnie od stopnia naszego zaabsorbowania samym sobą, nie możemy nie odczuwać tego, jak wielki jest ból i cierpienie na świecie i nie chcieć czegoś z tym zrobić. Wszędzie wokół nas widzimy jak ludzie cierpią i – co więcej – jak każdego dnia zadają sami sobie jeszcze większe cierpienie. Ale również my sami! W rzeczywistości my to oni – w tym cała rzecz. Pomieszanie, które widzimy – to nasze pomieszanie. Kiedy widzimy tych wszystkich cierpiących – to nasze cierpienie. Nie możemy oddzielić się od innych; jest to całkowicie połączona z sobą sieć.

W praktyce tonglen kultywujemy tę samą czułość serca, która pchnęła samego Buddę do rozpoczęcia drogi ku przebudzeniu. Gdy upadamy na duchu i tracimy serce, tonglen jest sposobem na ponowne z nim połączenie. Tonglen nie ma nic wspólnego z byciem świętoszkowatym lub tuszowaniem naszego egoizmu patyną fałszywej uprzejmości. Chodzi o to, by nie strofować samych siebie ani nie zmuszać się do bycia miłymi. Jeśli uważamy, że nie jesteśmy wystarczająco mili, to może nie chodzi o to, iż jesteśmy mniej mili niż inni ale że jesteśmy bardziej szczerzy. Tak więc tonglen zaczyna się od szczerości i akceptacji i z tego miejsca rusza dalej.

W ten sam sposób, w jaki poprzez praktykę medytacji można kultywować uważność i świadomość, tak samo przez praktykę tonglen możemy kultywować życzliwość. Dzięki tej praktyce  uczymy się w jasny sposób pracować z trudnościami, które napotykamy i z większym sercem wychodzić ku innym. Tonglen uczy jak przyjmować cierpienie i dawać miłość. Jest naturalnym uzupełnieniem praktyki uważności, naturalnym rozszerzeniem akceptacji i znajomości siebie, która pojawia się w wyniku siedzącej medytacji.

Judy Lief, Kindness to ourselves and others

• Część pierwsza artykułu: Miłowanie siebie i innych (1/3)
→ Część druga artykułu: Ja to ty, ty to ja (2/3)
• Część trzecia artykułu: Praktyka tonglen (3/3)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s