miłowanie siebie i drugiego

Cierpienie jest czymś więcej niż pierwszą szlachetną prawdą buddyzmu. Widzieć cierpienie własne i innych jest pierwszym krokiem na ścieżce, miejscem narodzin współodczuwania. Judy Lief udziela wskazówek na temat podróży.

Kiedy otwieramy się na innych, otwieramy się również na ból. Podobnie jak w tej historii Buddy, gdy jesteśmy świadomi cierpienia innych istot, jak również naszego własnego cierpienia, dobroć powstaje jako naturalna odpowiedź. Ale mamy tendencję do osłaniania się przed bólem i ukrywania tej świadomości. Odrzucamy te elementy naszego własnego doświadczenia, które są bolesne, a także unikamy znalezienia się twarzą w twarz z bólem, który widzimy wokół nas. Oddalając się od bólu, oddalamy się od siebie. Tracimy zdolność odczuwania więzi, która sprawia, że ​​życzliwość jest możliwa.

Kiedy Budda był małym dzieckiem dorastał w zamożnej rodzinie i chowano go pod kloszem. Jego ojciec był lokalnym władcą i w tym charakterze brał udział w różnych obchodach i uroczystościach państwowych. Jednym z takich corocznych wydarzeń był festiwal sadzenia, mający miejsce w czasie gdy rolnicy przygotowywali się do siewów pod przyszłe plony. To było wielkie wydarzenie, ze stoiskami, grami i rozrywkami, a miejscowi farmerzy i wieśniacy zjeżdżali zewsząd świętować. Punktem kulminacyjnym ceremonii była rytualne zaoranie pierwszej bruzdy. Dopiero po tym oficjalnym otwarciu sezonu sadzenia i pobłogosławieniu zbiorów miejscowi rolnicy zaczynali zasiewać swoje pola.

Podczas jednej z ceremonii sadzenia Budda bawił się wesoło ze swoimi przyjaciółmi, dopóki nie zobaczył jak pług wchodzi w ziemię. Widok lemiesza przecinającego grunt i żłobiącego bruzdę wyprowadził go z równowagi. Młody Budda był poruszony tym, jak wiele życia zostało zakłócone i zniszczone w prostym akcie sadzenia żywności. Zobaczył małe robaczki uciekające przed pługiem i inne robaki, przecięte na pół. Ujrzał jak wiele zdezorientowanych małych larw i innych istot, które żyły pod ziemią nagle zostało wyrzuconych na powierzchnię, a te, które zazwyczaj żyły na powierzchni znienacka zostały głęboko pogrzebane. Gdy ich świat został przewrócony do góry nogami, wydawały się całkowicie zdezorientowane i nieszczęśliwe. Tak wiele istot cierpiało.

Budda był tak zaskoczony tym doświadczeniem, że opuścił uroczystości i usiadł samotnie pod drzewem, aby pomyśleć o tym, co zobaczył. Wydało mu się, że tylko po to, by przetrwać na Ziemi, musimy nieuchronnie sprawiać, by inne istoty cierpiały. Bez względu na to, jak bardzo staramy się być mili, nie możemy tego uniknąć. A widząc cierpienie innych sami cierpimy. Moglibyśmy przestać jeść mięso, moglibyśmy być wegetarianami, moglibyśmy nosić maski na twarzach jak jainiści, ale mimo to nie jesteśmy w stanie przeżyć dnia bez wyrządzenia komuś krzywdy. Nawet pozornie niewinna produkcja żywności nieuchronnie powoduje, że niektóre istoty cierpią i giną.

Uświadomienie sobie tego przez Buddę w wieku chłopięcym było jak nasienie, które później dojrzało i zainspirowało go do rozpoczęcia osobistych poszukiwań by zrozumieć naturę cierpienia, dlaczego jest tak wiele cierpienia na świecie i czy cokolwiek można z tym zrobić. Świadomość cierpienia dotknęła jego serca i obudziła jego życzliwość [miłująca dobroć, metta].

Jedynym sposobem na utrzymanie tego połączenia jest poszerzenie naszej świadomości, tak aby obejmowała całe nasze doświadczenie, a nie tylko części, które uważamy za wygodne. Praktyka medytacji jest dobrym sposobem na rozpoczęcie tego, ponieważ jest procesem uświadamiania sobie wszystkiego, co pojawia się w naszym umyśle, zarówno dobrego, jak i złego, bolesnego i przyjemnego. Uczymy się być otwarci na to, kim jesteśmy i czegokolwiek doświadczamy. Tak więc praktyka medytacyjna nie jest jedynie umysłowym ćwiczeniem – to sposób na zaprzyjaźnienie się z sobą na bardzo zasadniczym poziomie. Krok po kroku uczymy się więcej o sobie i akceptujemy oraz integrujemy te części nas samych, które wcześniej odrzuciliśmy.

Kiedy uczymy się akceptować siebie, jednocześnie uczymy się akceptować innych ludzi. Może się wydawać, że zawsze wokół są inni ludzie i nie mamy innego wyjścia, jak ich zaakceptować, chyba że wyrzucimy wszystkich lub zostaniemy pustelnikami, ale wytrzymywanie obecności ludzi to nie to samo, co ich akceptowanie. Akceptacja to delikatny i łagodny proces otwierania naszych serc na innych, na nas samych i na wspólną płaszczyznę cierpienia. Życzliwość zaczyna się na tym bezpośrednim, osobistym poziomie doświadczenia.

Poprzez kultywowanie postawy akceptacji i gruntownej przyjazności, możemy zmniejszyć tylko lęk i napięcie nie tylko w nas samych, ale także w ludziach wokół nas. Możemy rzeczywiście przemieścić atmosferę w kierunku relaksacji i życzliwości i w ten sposób stać się uzdrawiającą siłą. W zależności od naszego stopnia otwarcia i odprężenia także ludzie wokół nas zaczną z tego korzystać. To tak, jak umieścić kroplę wody na bibule – jedna mała kropla rozprzestrzenia się i rozprzestrzenia.

Judy Lief, Kindness to ourselves and others

→ Część pierwsza artykułu: Miłowanie siebie i innych (1/3)
• Część druga artykułu: Ja to ty, ty to ja (2/3)
• Część trzecia artykułu: Praktyka tonglen (3/3)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s