img_20161231_122023Spędziłem mnóstwo czasu w życiu obwiniając się o podejmowanie złych decyzji, a jednak nigdy nie pomogło mi to w uniknięciu powtórzenia tych samych błędów. Zazwyczaj samokrytyka sprawiała jedynie, że byłem jeszcze bardziej zestresowany i nieszczęśliwy.  Medytacja uważności pomogła mi w końcu dostrzec, kto tak naprawdę to wszystko kontroluje. Odkrycie to zmieniło moje życie.

Medytacja uważności [mindfulness] to nowoczesna, zachodnia wersja dawnych buddyjskich nauk. Niestety jedno z kluczowych pojęć buddyjskich nauk, „brak ja/jaźni/własnej natury” [no self], często zatraca się w tłumaczeniu. Nic w tym dziwnego ani też nie jest to niczyja wina. To po prostu jedna z koncepcji, które najtrudniej zrozumieć.

Problem jest po części natury lingwistycznej. Przez większą część czasu myślałem, że nauka ta oznacza, iż jeśli będę medytował wystarczająco długo, to moje ciało, mój umysł i moje myśli przestaną istnieć – że przeistoczę się w światło i opuszczę ciało jako czysta, pełna miłości energia. Jednakże choć doświadczyłem przeistoczenia się w światło i miłość, to zawsze wcześniej czy później wracałem do swego ciała spoczywającego na poduszce, na podłodze.

Początkowo doświadczenia te tylko powiększyły moje pomieszanie – myślałem że jeśli wystarczająco się wysilę, to resztę życia będę mógł spędzić w jakimś odcieleśnionym, euforycznym stanie, w końcu jednak zdałem sobie sprawę z tego, że było to nieporozumienie. Sztuka ta nigdy nie udała się samemu Buddzie, który przeżył swe życie jako istota ludzka w swoim własnym ciele. Żył w społeczeństwie, które borykało się ze zwykłymi społecznymi problemami takimi jak niezgoda i łamanie reguł oraz posiadał ciało, które borykało się ze zwykłymi problemami takimi jak bóle brzucha i które w ostatecznym rozrachunku spotkała śmierć.

Innym powodem dla którego koncept ten nie znalazł dużego uznania we współczesnym ruchu mindfulness jest to, iż kłóci się on z tkwiącym głęboko w nas przekonaniu o byciu wolnym, niezależnym źródłem działania [self determination].  Pojęcie „no self”  lepiej tłumaczyć jako „brak wolnej woli”. Tak, zgadza się. Obserwacje Buddy współgrają ze spostrzeżeniami tych, którzy sugerowali iż nie ma w człowieku czegoś takiego jak samoistny niezależny byt, który podejmuje decyzje.  (Niemal słyszę w tym momencie narastającą wrzawę protestów, więc zatrzymajmy się tutaj na chwilę).

Filozoficzna debata na temat tego czy wolna wola istnieje czy też nie, w moim odczuciu nie przedstawia sobą zbyt wielkiej wartości. Wcześniej czy później ktoś wychodzi z tekstem o mechanice kwantowej i cała rzecz staje się przegadana i dziwaczna. Większy sens ma dla mnie postrzeganie nauczania o „braku ja” z biologicznego punktu widzenia. W medytacji uważności uczymy się siedzieć i obserwować ciało i umysł. W trakcie tego zauważamy, że nie ma takiej części ciała, nad którą mielibyśmy kontrolę. Oddech oddycha sam z siebie, serce bije samo z siebie, odczucia pojawiają się i znikają, myśli pojawiają się i znikają. Obejmuje to nawet myślenie celowe, tłumaczone często ze starych tekstów jako „wolicjonalne”. Buddha zaobserwował że myślenie celowe, związane z pragnieniem wykonania jakiegoś działania lub kontynuowania myślenia, nie różni się niczym od jakiegokolwiek innego myślenia – myśli pojawiają się i przemijają bez jakiejś świadomej determinacji ze strony myślącego. Wielu doświadczonych medytatorów, w tym i ja sam, w wyniku ciągłej obserwacji ciała i umysłu również do tego doszło.

W mojej własnej praktyce zauważyłem, że nie tylko moje celowe myśli tak naprawdę nie są wcale „moje” ale że często poprzedzone są skurczami ciała. Bardzo subtelne odczucie „chcenia” obecne jest w moich barkach i klatce piersiowej na chwilę przed pojawieniem się myśli takiej jak: „chcę wstać i przestać medytować”. Celowe myśli które pojawiają się w milisekundy po skurczu ciała są sposobem, w jaki mózg nadaje sens temu, co i tak już się dzieje. Zachowanie mojego mózgu jest podobne do osoby, która przekonuje samą siebie, iż wrzeszcząc na telewizor pomogła skrzydłowemu w wyrwaniu się z dwóch blokad i zaliczeniu przyłożenia.

Obecne badania naukowe dochodzą do podobnych wniosków. Niedawne studium zrealizowane przez Adama Beara i Paula Blooma z Uniwersytetu Yale, zatytułowane „proste zadanie ujawnia postdyktywne złudzenie wyboru”, potwierdziło że kiedy ludzie stają w obliczu decyzji, które muszą podjąć w ułamku sekundy, ich mózgi przypisują sobie zasługę dokonania właściwego wyboru o wiele częściej niż statystycznie jest to możliwe. Innymi słowy mózg tak ustawia całą historię aby umieścić „decyzję” na początku sekwencji zdarzeń a nie na jej końcu.

Ich praca opiera się na innych badaniach, takich jak te autorstwa Daniela Wegnera i Thalii Wheatley z 1999 r. Odkryli oni, że badani przypisywali sobie zasługi za działania realizowane przez innych, jeśli usłyszeli słowa odnoszące się do tych działań mniej więcej w tym samym czasie kiedy miały one miejsce.

Implikacje tego mogą być trochę szokujące i możemy ugrzęznąć w mentalnych wygibasach, próbując to wszystko naraz rozwikłać. Zamiast tego proponuję, byś sprawdziła to sama na sobie teraz, gdy to czytasz.

Zadaj sobie pytanie: kim jestem, jeśli nie sprawuję nad niczym kontroli i zamiast odpowiedzieć na nie poprzez wewnętrzną racjonalną debatę, zwróć uwagę na fizyczne odczucia w twoim ciele. Jak zmieniają się w czasie? Gdzie się pojawiają i jak je odczuwasz? Jakie myśli towarzyszą odczuciom? Zauważ jak te odczucia pojawiają się i przemijają. Zauważ jak myśli pojawiają się i przemijają.

To miłe, czyż nie?

[devin maroney]