Tagi

, , ,

IMG-20160416-WA0005Wzdrygam się zawsze, gdy widzę jakiś nagłówek krzyczący jak to NAUKA ZGADZA SIĘ z czymkolwiek związanym z buddyzmem. Czy odnosi się to tylko do buddyzmu? Pewnie gdzieś tam jest jakaś strona Fundamentalistów Chrześcijańskich, twierdząca śmiało, że Ziemia ma tylko sześć tysięcy lat. Nie wydaje mi się jednak aby zbyt wiele innych religii goniło za kimkolwiek z tytułem doktora, komu zdarzyło się powiedzieć coś zbliżonego do tego, co głoszą ich teksty. Taki Deepak robi to przez cały czas, rzekłbym. Lecz czy naprawdę chcemy brzmieć tak jak on?

Na potrzeby tego artykułu nazwę buddyzm religią, choć uważam że nią nie jest. Proszę o wybaczenie.

Na początek powiem iż jedną z rzeczy które sprawiły, że zainteresowałem się buddyzmem było to, że była to pierwsza religia, na którą natrafiłem, która nie obawiała się nauki. Chrześcijanie, z którymi dorastałem gdzieś na zadupiu w Ohio bali się się nauki jak diabeł święconej wody. Była ona niebezpiecznym i wszechobecnym zagrożeniem dla wszystkiego, w co wierzyli.

Harikrisznowcy uwielbiali wrzucać słowo „nauka” do swoich pism, lecz spędzali tyle samo czasu na próbach zadawania kłamu ewolucji, co każdy z wierzących w historyczną prawdziwość arki Noego. A buddyści wydawali się z wielką ochotą akceptować naukę.

Jednak gdzieś co trzy tygodnie mój Facebook zapycha się ludźmi, dzielącymi się tym, jak to NAUKA PRZYZNAJE RACJĘ jakiemuś losowemu buddyjskiemu stwierdzeniu. Stąd też naprawdę przewróciłem oczami, gdy zobaczyłem nagłówek wrzeszczący: „Czołowi neuronaukowcy i buddyści zgadzają się – świadomość jest wszędzie!”.

Więc tak: Elvis jest wszędzie, savoir faire jest wszędzie. Jednak świadomość to zupełnie inna historia.

Przeleciałem artykuł. Potem na potrzeby tego tekstu przeczytałem go raz jeszcze.Nadal nie pojmowałem. Wyglądało na to, że jakiś neuronaukowiec wyszedł gdzieś tam z nową definicją „świadomości”, porozmawiał o tym z Dalai Lamą, a ten odparł na to coś w stylu: „Oh, to brzmi ciekawie!”.

Stąd też mamy: NAUKA I BUDDYZM ZGADZAJĄ SIĘ!!!

To wszystko po prostu mnie wykańcza.

W filozofii buddyjskiej dużo mówi się o „wszystkich czujących” istotach. I dużo w buddyjskiej filozofii tekstów rozciągających definicję „czujących” daleko poza to, co zwykliśmy pod tym pojęciem rozumieć. Na przykład – właśnie oglądnąłem odcinek Star Trek: Następne Pokolenie, w którym komandor porucznik Data czyta wiersz, gdzie pisze o swoim kocie Spocie: „Chociaż ty nie jesteś istotą czującą”. O ile wiem, koty czują. Wydaje mi się, że większość ludzi, których znam, zgodziłaby się z tym twierdzeniem. W tej sytuacji aż się prosi o pytanie, czy sam komandor porucznik Data, będąc androidem, jest istotą czującą. Ale niech tam!

A w zasadzie nie niech tam! Ponieważ artykuł, do którego się odnoszę, przeskakuje na inny temat i porusza wątek świadomości maszyn. Cytuje Christofa Kocha, który mówi: „Jesteśmy świadkami narodzin inteligencji komputerów. Czy maszyna jest świadoma? Czy coś odczuwa? Jeśli tak, będzie mogła nabyć określone prawa i będziemy mieli w stosunku do niej etyczne zobowiązania. Nie będzie jej można po prostu wyłączyć albo sformatować jej dysk”.

I na tym polega problem.

Ponieważ o ile pisarze buddyjscy często rozszerzają swoją definicję czucia do rzeczy takich jak „płoty, ściany, dachówki i kamyczki”, żeby zacytować Dogena, to jeśli zaczniemy mówić o świadomości, wchodzimy na zupełnie inny teren.

Zgodnie ze starą buddyjską formułą to, co tworzy istotę ludzką składa się z pięciu czynników: formy, uczucia, postrzegania, chęci i świadomości. Zauważcie, że świadomość jest zaledwie jednym z tych czynników. Zwróćcie też uwagę na to, że uczucie, postrzeganie i determinacja by coś czynić to odrębne czynniki. Większość ludzi obecnie wszystkie te rzeczy włożyłaby prawdopodobnie do jednego worka świadomości.

Mówiąc o tych sprawach, ludzie na Zachodzie wymieniają zazwyczaj tylko dwie rzeczy: formę i świadomość.

Każdy zgodzi się co do tego, że forma istnieje. Forma to materia. Nauka to badanie materii i tego, jak współoddziałowuje ona z inną materią. Nauka z pewnością się sprawdza. Czytasz tego bloga na urządzeniu, które inaczej nie mogłoby istnieć. Tak więc materia jest rzeczywista.

Świadomość jest dla nas czymś wątpliwym. Wiemy, że czujemy świadomość. Ale może to tylko produkt uboczny oddziaływania materii między sobą.

Obecnie wielu z nas bardzo chce usłyszeć od ekspertów w dziedzinie materii, że świadomość jest rzeczywista. Naukowcy są takimi naszymi Najwyższymi Kapłanami. Wszystko wiedzą i widzą. Jeśli wierzą w świadomość, to musi istnieć. Bo oni się na tym znają! Wiedzą jak sprawić, żeby te dziwne maszyny robiły bip i zapalały światełka.

Jeśli jeden z tych facetów rozmawia z Dalai Lamą i słyszy jak ten coś mruczy słysząc jego wywody o tym, jak to świadomość robi bip albo gdzieś tam zapala światełka w maszynie, to NAUKA PRZYZNAJE RACJĘ! I wiadomość ta trafia na nagłówki gazet!

Z drugiej strony wiele w dawnych tekstach buddyjskich wskazuje na to, że sporo mistrzów z przeszłości odkryło, iż cały kosmos jest czujący. Gdyby tak było, byłoby to niesamowite. Jest to też całkiem dobry opis tego, co sam odkryłem poprzez praktykę.

Lecz kiedy zaczyna mówić się, że świadomość jest wszędzie, coś naprawdę jest nie tak. Może chodzi o słowa, lecz wydaje mi się, że nawet mówienie o tym, że „cały kosmos jest czujący” jest opisem idącym w złym kierunku. Nie aż tak jak „świadomość jest wszędzie”, ale jednak. W bardzo złym kierunku. Całkowicie i zupełnie.

Więc co zrobić? Jak można w ogóle mówić o tych pojęciach tak, by cała rozmowa nie zeszła całkowicie na manowce? Nie znam odpowiedzi. Wydaje mi się jednak, że dobrze byłoby zacząć od przyglądnięcia się naszym konceptom i poważnego ich zakwestionowania.

Wiele lat temu, w trakcie wykładu Nishijmy Roshiego, jakiś Brytyjczyk zadał mu pytanie na temat świadomości. Nishijma odpowiedział: „to tylko koncept”.

Wprawiło mnie to wtedy w zdumienie. Jak świadomość może być jedynie ideą? Przecież byłem tam, siedząc na krześle, w pełni świadomy toczącej się rozmowy, a tu oto mistrz Zen, któremu ufałem, mówi, że „świadomość to tylko idea”. Zatem moje świadome doświadczanie przysłuchiwania się tej rozmowie było „tylko ideą”? To właśnie stwierdzał? Jeśli tak to, człowieku, był to jakiś matriksowy odlot na prochach!

Lecz bynajmniej nie to miał on na myśli. Stwierdzał, że Brytyjczyk mówił o pewnej idei zwanej „świadomością”, która to świadomość objawiała się, jego zdaniem, w rzeczywistym świecie. Nishijma chciał, by ten zwrócił uwagę na to, co mówi, na to, czym w istocie jest ta rzecz, którą nazywał „świadomością”. A była to właśnie idea.

Gdy tylko zaczniemy mówić, że wszystko posiada świadomość, wpadniemy w korkociąg łamigłówek. „Więc cóż to oznacza? Czy znaczy to, że nie mogę wykasować całego porno z mojego komputera, bo jest świadomy i może nie chce, żeby mu usuwać jego erotyczną pamięć?”.

Wpadniemy w pułapkę majstrowania przy tej idei „świadomości” przy użyciu skonstruowanego w tym celu myślowego labirynciku. Jednak czyniąc tak zapominamy, że to po prostu idea i że nawet ten labirynt też nie jest rzeczywisty.

Czy coś w tym stylu. Zresztą… nauka przyznaje rację!!!

[brad warner]