Tagi

, , , ,

Czy coś, co jest pożyteczne musi być przekazane w sposób doskonały – i przynieść nam doskonały świat – zanim zaakceptujemy to jako coś wartościowego?

Jesteśmy w ciekawym okresie, jeśli chodzi o obecność uważności (mindfulness) w mediach. Jeszcze kilka miesięcy temu prawie wszystkie materialy skupiały się na wielkich możliwościach, jakie daje praktykowanie medytacji: zmniejszaniu stresu, głębszej świadomość i lepszym radzeniu sobie z trudnościami natury umysłowej, fizycznej i behawioralnej. Główny przekaz brzmiał – sceptyczny świat zaakceptował bardzo starą praktykę, wcześniej ignorowaną lub wyszydzaną przez główny nurt, po tym jak naukowo wykazano jej przydatność. Czyli w skrócie: „Niepodzianka! Medytacja naprawdę działa!”.

Ale tego rodzaju historie nie pozostają zbyt długo świeżą wiadomością i ostatnio pojawił się szereg artykułów oferujących bardziej krytyczne podejście. Uważam, że to bardzo dobrze, gdyż po części sugeruje to, iż korzyści, jakie przynosi uważność są już na tyle dobrze poznane, że nie zwracają na siebie aż takiej uwagi. To dobrze również dlatego, że umożliwia refleksję nad niektórymi z wyzwań, które przynosi bardzo szybka absorpcja praktyki uważności we współczesnej kulturze Zachodu.

Weźmy na przykład zeszłotygodniowy [z 6 sierpnia 2014 r.] artykuł Suzanne Moore w „Guardianie”. Nosi tytuł „Uważność zajmuje się autopomocą, lecz nie robi nic, by zmienić niesprawiedliwy świat”, a jego głównym argumentem jest to, iż medytacja w formie, w jakiej jest nauczana na kursach uważności, nie oferuje niczego oprócz sposobów na radzenie sobie w opresyjnym środowisku, a co gorsza robi to wyłączając zdolność krytycznego myślenia i reagowania na „trudności strukturalne”, odpowiedzialne za większość stresu, jakiego doświadczamy. Wytrącony z równowagi, zły, chory? Być może – sugeruje – ulgę przyniesie ci kurs uważności, jednak ceną jaką za to zapłacisz, będzie całkowita pacyfikacja, która pozostawi cię w stanie nieświadomości, odłączenia lub po prostu nieprzejmowania się niczym na tyle, że nie zdecydujesz się by zrobić cokolwiek z instytucjonalną niesprawiedliwością i systemowo generowanym cierpieniem, co mogłoby mieć wpływ na niedolę twoją lub innych.

Tak przedstawiona uważność to wersja opium dla ludu, więc nic dziwnego, że instytucje takie jak banki, wojskowość i rządy z chęcią się za to zabierają – trochę medytacji w stylu działania na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i możemy wrócić do tego, co robiliśmy przedtem – nikt nie będzie zwracał uwagi na głębsze, kulturowe przyczyny cierpienia, gdyż cały ciężar odpowiedzialności za zmianę spada na „chorą” jednostkę (czyli kogoś, kogo terapeuci rodzinni określają terminem: „zidentyfikowany jako pacjent” [identified patient]).

Pojawia się tu kilka ważnych kwestii. Nie jesteśmy wyspami, a stress nie jest generowany tylko wewnętrznie. Jesteśmy nierozerwalnie złączeni z naszym otoczeniem i zrzucanie odpowiedzialności za zdrowie i szczęście na barki jednostki jest krzywdzące, nieprecyzyjne i bezużyteczne. Uważność postrzegana jedynie jako „sposób na lepsze funkcjonowanie w nadmiernie połączonym świecie”, która nie oferuje oprócz tego niczego, co pozwoliłoby zmienić ten świat, byłaby faktycznie ubogą wersją samej siebie.

Rzecz w tym, iż taką ubogą wersję znam tylko z doniesień prasowych, no i może z tekstów albo nauk tych, którzy nie obcują z medytacją i mają małe w tym względzie doświadczenie. Nie jest to model, jaki obserwuję w przypadku większości nauczycieli uważności, badaczy procesu kontemplacji, czy też samych praktykujących, widząc jak rozwijają i pogłębiają bardziej świadomy i życzliwszy kontakt z samym sobą, innymi i ze światem. Takie pomniejszanie znaczenia uważności to jak mówienie, że Beethoven to beztalencie, bo słyszysz jak sąsiad zza drzwi, który nigdy nie brał lekcji muzyki, wali bez opamiętania po klawiaturze, próbując odtworzyć „Sonatę Księżycową”.

Niezależnie od pojawiania się nieuczciwych struktur, częściej na kursach uważności widzę ludzi, którzy otwierają oczy na te przestrzenie w życiu, w których do tej pory albo tolerowali albo popierali struktury dysfunkcyjne i postanawiają dokonać zmian lub podjąć starania w tym kierunku. Widzę bankierów, dla których medytacja stała się inspiracją do przekwalifikowania się by pomagać innymi, widzę jak ludzie wychodzą z niezdrowych związków lub też zmieniają ich dynamikę. Regularnie obserwuję, jak ludzie przestają czuć się sparaliżowani strachem i złym samopoczuciem, zaczynają wierzyć we własne siły i nabierają na tyle pewności siebie, że gotowi są nie tylko funkcjonować w niedoskonałym świecie, lecz także podjąć aktywne działania na rzecz jego zmiany.

Jest prawdą, że praktyka uważności rozpoczyna się w domu, lecz kultywując zdolność zwracania uwagi i życzliwego obserwowania tego, co nas blokuje a co czyni wolnym, ludzie często stwierdzają, że czują się bardziej wyzwoleni i na siłach by wprowadzać zmiany, nie tylko w nich samych, lecz także w świecie wokół. Łatwiej podejmować nam działania, posiadając większą świadomość i wrażliwość oraz widząc mechanizm automatycznych myśli, emocji i zachowań, które zazwyczaj utrzymują nas w stanie stresu. I będzie to prawdopodobnie mądre działanie, które (jestem przekonany) na zasadzie rozchodzącej się fali osłabi i w końcu przekształci, choć zapewne odbywać się to będzie stopniowo, niepotrzebnie ograniczające nas i pętające systemy i struktury (które oczywiście utworzone są przez ludzi).

Kto może spowodować bardziej efektywne zmiany? Ktoś o umyśle zniewolonym przez nadmierne, apodyktyczne myślenie, czy też osoba potrafiąca stawić czoła danej sytuacji z wyćwiczoną świadomością, w stanie obecności, otwarcia i współodczuwania? Aby sprafrazować Jona Kabata-Zinna, w uważności nie chodzi o to, by mniej myśleć, lecz by nie zatracić się lub dać porwać przez strumień automatycznego myślenia. W moim odczuciu ta umiejętność sprawienia, by w procesie myślenia (i w całej reszcie naszych doświadczeń) obecna była świadomość jest rewolucyjna i bynajmniej nie przyczynia się do utrwalania istniejącego stanu rzeczy.

W gruncie rzeczy powiedziałbym wręcz, iż danie sobie czasu i stworzenie miejsca na rozwijanie praktyki medytacyjnej jest jednym z najbardziej radykalnych, pojedynczych aktów, jakich możesz dokonać, gdyż otwiera możliwość zrozumienia umysłu i skutecznej nad nim pracy, a jeśli potrafisz zrozumieć i skutecznie pracować nad umysłem, za pomocą którego doświadczasz wszystkiego, co ci się w życiu przytrafia, to znalazłeś dostęp do podstawowego źródła umiejętnego życia.

Oczywiście gdy coś tak mało rozpowszechnionego jak uważność zetknie się z głównym nurtem, z pewnością pojawią się spłycenia, błędne interpretacje i użycia, które być może zaoferują mniejszy stopień wyzwolenia. Może się zdarzyć, że uczestnictwo w kursie uważności sprawi, że ktoś skupi się bardziej na radzeniu sobie z własnym stresem niż na aktywności społecznej. Jeśli nawet, to czyż nie pozostanie to w dalszym ciągu dobrą rzeczą, małym przyczynkiem do zmniejszenia cierpienia na świecie, nawet jeśli – co wydaje mi się nieprawdopodobne – taki przypadek zmniejszonego cierpienia nie przełoży się pozytywnie na ludzi i miejsca otaczające praktykującego? Czy coś, co jest pożyteczne musi być przekazane w sposób doskonały – i przynieść nam doskonały świat – zanim zaakceptujemy to jako coś wartościowego? Jeśli tak, to jeszcze przez długi czas nic się nie wydarzy. Czy nie tkwimy w jednym miejscu już wystarczająco długo?

ed halliwell