Tagi

, , , , , , , , , ,

2014-09-24 10.50.56Jeśli przedstawiony przez Harrisa opis jego własnego duchowego przebudzenia ma być przykładem do naśladowania, to jest on problematyczny. Po zapoznaniu czytelnika z prostą praktyką wipassany i zachłyśnięciu się naukowymi dowodami na skuteczność medytacji mindfulness opartej na wipassanie, informuje że trzy lata które spędził na milczących odosobnieniach poświęconych wipassanie były w zasadzie niewypałem. Postęp poczuł dopiero po odkryciu adwaity wedanty, prowadzącej uczniów do doświadczenia niedualnego doznania czystej, pozbawionej jaźni, świadomości. To z kolei doprowadziło go do Nepalu, gdzie pobierał nauki u mistrza dogczen, Tulku Urgyen Rimpoche, a ten podzielił się z nim sztuką „pouczeń przez wskazywanie” [pointing instruction]. „Przybyłem do Tulku Urgyen, pragnąc doświadczyć wykroczenia poza jaźń” – pisze – „a ten w kilka minut pokazał mi, że nie posiadałem żadnej jaźni, poza którą można by było wykroczyć”.

Patrząc z perspektywy czasu, Harris dochodzi do wniosku, że praktyka wipassany jest nieskuteczną metodą osiągnięcia duchowego celu, przynajmniej w porównaniu do praktyk niedualnych, takich  jak adwaita lub dzogczen. Praktyki dualistyczne, takie jak medytacja nad oddechem, w rzeczywistości podtrzymują złudzenie, które próbują rozwiać:

„[I]stnieją zasadne powody by sądzić, iż stosowanie technik takich jak medytacja może prowadzić do pozytywnych zmian w życiu danej osoby. Jednak ostatecznym celem duchowości jest wyzwolenie się od złudzenia jaźni – poszukiwanie zaś tej wolności, jak gdyby miał to być jakiś przyszły stan, możliwy do osiągnięcia poprzez wysiłek, wzmacnia jedynie nieustannie okowy niewoli, w której rzekomo tkwimy”.

Jest jednak pewien haczyk. Autentyczne nauczanie dzogczen jest zwyczajowo okryte tajemnicą i przekazywane osobiście uczniowi przez jego nauczyciela. Choć, jak twierdzi Harris, Tulku Urgyen był wyjątkowo uzdolnionym nauczycielem, to jednak już nie żyje, a pomimo że synowie Urgyena nauczają w jego stylu, to jednak nie wszyscy mistrzowie dzogczen są równie dobrzy. Jak z tego jasno wynika, istotne doświadczenia duchowe można przeżyć tylko u stóp egzotycznego mistrza dzogczen, utalentowanego na tyle by przekazać skutecznie pouczanie przez wskazywanie. Lecz nawet wtedy, jak się nas informuje: „Nigdy nie wiadomo ile buddyjskiej religijności każe nam się po drodze spożyć”.

Zaiste poglądy Harrisa są niepotrzebnie zaściankowe. Przede wszystkim, czy wyeliminowanie postrzegania jaźni jest rzeczywiście ostatecznym celem praktyk duchowych? A co z radością, wewnętrzną równowagą, życzliwością, współodczuwaniem, etycznym postępowaniem i odwagą moralną? Sądzę, że wszystkie te cele osiągniemy łatwiej, gdy przestaniemy trzymać się kurczowo ego i będziemy pielęgnować nasze odczucie łączności, a nie złudzenie izolacji i wyobcowania. Sam wgląd w brak jaźni [non-self] nie jest praktyką duchową, a tym bardziej duchowym życiem.

Ponadto praktyka dzogczen nie jest wcale jedyną drogą dojścia do takiego wglądu. Już od lat nauczyciele medytacji wglądu łączą tradycyjną wipassanę z metodami wziętymi z adwaity i wadżrajany. Harris informuje tylko pobieżnie o badaniach nad MBSR i innymi terapiami opartymi na mindfulness, poza tym ignorując je całkowicie. Gdyby się im przyjrzał, być może dowiedziałby się, że one także łączą uważne przyglądanie się przeżywanym doświadczeniom z nauczaniem o zaprzestaniu pożądania [non-striving] i pozostawaniu w stanie otwartej świadomości. Podejścia te nie są przeciwstawne i mogą być komplementarne. I by się ich nauczyć, nie trzeba ani jechać do Nepalu, ani przesiąkać buddyjską religijnością.

O ile jego działania na rzecz niereligijnej duchowości są rewolucyjne, to sam pogląd Harrisa na duchowość, zawarty w Przebudzeniu, wydaje się być ograniczony przez tradycyjne azjatyckie pojęcia na temat praktyki duchowej. Zamiast proponować nam – zawarte w podtytule – duchowe wskazówki, Harris raczy nas onieśmielającym poglądem na praktykę i odsyła na poszukiwania jakiegoś guru, który oby nie był oszustem. Nie wspomina w ogóle o świeckim buddyzmie, duchowym naturalizmie [Spiritual Naturalism], interwencjach opartych o mindfulness [MBIs], ani o żadnej ze współczesnych niereligijnych duchowych społeczności. Książka Harrisa byłaby pełniejsza, gdyby podała, jako przedmiot rozważań, również te przykłady już istniejącej niereligijnej duchowości.

Mam nadzieję, że Przebudzenie zdoła zachęcić sceptyków do rozważenia możliwości, iż praktyka kontemplacyjna może ulżyć ich cierpieniom i otworzyć odmieniającą ich życie perspektywę. Lecz jeśli przyznamy, iż tradycje duchowe mogą przekazać nam prawdę o doświadczaniu życia bez potrzeby uciekania się do wiary w nadprzyrodzone, to musimy też zaakceptować fakt, iż prawdy te nie są ograniczone do jednej li tylko tradycji religijnej, a tym bardziej do jednej praktyki medytacyjnej. Nie ma powodu sądzić, iż duchowość niereligijna nie jest w stanie odzwierciedlić różnorodności ludzkich dążeń i doświadczeń tak, jak czynią to jej odmiany religijne, ani też że musi ograniczać się ona w jej zdolności do czerpania z całości naszego duchowego dziedzictwa. W końcu dharma nie jest zestawem nauk, praktyk czy filozofii. To mądrość ucieleśnionego ludzkiego doświadczenia i jestem przekonany, iż budowanie niereligijnej duchowości zaczyna się od zrozumienia, że mądrość ta dostępna jest już dla każdego z nas.

koniec części drugiej i ostatniej

część pierwsza

(recenzja książki Sama Harrisa Waking Up autorstwa Marka Knickelbine)