Tagi

, , , , , , ,

Wciąż żywe jest we mnie wspomnienie ekscytacji, jaką przeżyłem po natrafieniu w pierwszej książce Sama Harrisa pt. The End of Faith [Koniec wiary] na sugestię, że wielu korzyści, których ludzie tradycyjnie poszukują w religii, da się doświadczyć bez potrzeby uciekania się do niej. Jedną z praktyk, które Harris wymieniał jako specyficzny przykład mądrości, dającej się wyrwać z jej religijnego kontekstu, była medytacja buddyjska. Pamiętam, że zapytałem wówczas sam siebie: „Ciekawe, czy ktoś robi coś takiego?”. W rezultacie rozpocząłem poszukiwania, które najpierw doprowadziły mnie do MBSR [redukcja stresu poprzez medytację mindfulness], a potem do książki Stephena Batchelora pt. Wyznania buddyjskiego ateisty. Sam Harris jest odpowiedzialny, w bardzo konkretny sposób, za skierowanie mnie na ścieżkę i za przeobrażenia, którym uległem krocząc nią.

Gdyby Harris opublikował wtedy książkę z podtytułem: „Przewodnik po duchowości bez pomocy religii”, z pewnością sięgnąłbym po nią z wielką chęcią. Podejrzewam że wielu ludzi, znajdujących się dziś w podobnej sytuacji, też rzuci się do lektury Przebudzenia.

Choć zawiera ona sporo rzeczy, które zainteresują ludzi pragnących eksplorować wymiary praktyk duchowych nieopartych na wierze, to obawiam się jednak, że dla wielu czytelników będzie rozczarowaniem. Pomimo kilku krótkich instrukcji medytacyjnych Przebudzenie jest nie tyle faktycznym przewodnikiem na drodze poszukiwania pokoju, mądrości, transcendencji i etycznego, nieopartego na religii zachowania, co argumentem na rzecz tego, że praktyka taka jest racjonalnie akceptowalna, a więc – co za tym idzie – dobra. W wielu miejscach Harris wydaje się zajmować nie tyle kierowaniem nas w stronę ścieżki, ile przekonywaniem sceptyków iż odmieniane przez wszystkie przypadki buddyjskie poszukiwanie przebudzenia nie jest jeszcze jednym religijnym urojeniem.

Być może temat ten odzwierciedla wewnętrzny dialog, który Harris z pewnością prowadził sam z sobą przez wszystkie te lata, które spędził ćwicząc z różnymi sayadawami, yoginami i rinpoczami. Harris przedstawia sam siebie jako osobę osadzoną głęboko w tradycyjnym buddyzmie, a nawet w adwaicie wedancie. Wygląda też na to, że intensywnie konsumował halucynogeny, przynajmniej do momentu gdy doświadczenia negatywne przeważyły nad pozytywnymi. Opisuje przypadki, kiedy musiał sam sobie przypominać, że dziwne i cudowne przeżycia których doświadczał nie były dowodem na prawdziwość religijnych nauk, którymi był otoczony, ani też nie dowodziły istnienia sfer nadprzyrodzonych. Co za tym idzie, wydaje się zakładać że czytelnik będzie się wzdragać przed przyjęciem poglądu, iż praktyka duchowa niekoniecznie musi być uwikłana w wierzenia religijne i przytacza na to tyle dowodów, że nie pozostaje zbyt wiele miejsca na omówienie tego, co powinien właściwie uczynić poszukujący niezwiązany z religią.

Takie podejście sprawia, że całość czyta się przyjemnie i z zainteresowaniem, choć wiele z poruszanych tematów nie będzie niczym nowym dla tych, którzy mieli już wcześniej kontakt z badającymi ludzką świadomość filozofią i neuronauką. Harris rozprawia o duchowych zasadach w stylu „Buddyzm w pigułce”, choć nieraz używa przy tym słów pochodzących z sanskrytu lub pali. Pomimo tego Przebudzenie, jako kompleksowa  argumentacja na rzecz niereligijnej duchowości, jest pozycją wartościową.

W pierwszym rzędzie musi on bronić użycia tego wysoce nacechowanego pojęcia.

„Zawsze, gdy używam tego słowa, na przykład określając medytację jako «praktykę duchową», obrywa mi się od sceptyków i ateistów, którzy uważają że popełniam poważny błąd… Nie podzielam ich semantycznych trosk. Fakt, wystarczy przejść pomiędzy księgarnianymi półkami opatrzonymi wywieszką „Duchowość”, żeby aż nadto przekonać się o tęsknotach i naiwności naszego gatunku, lecz nie istnieje inne określenie – pomijając jeszcze bardziej problematyczne słowo «mistyczny» albo bardziej restrykcyjne «kontemplacyjny» – pozwalające mówić o podejmowanych przez ludzi wysiłkach, czy to przez medytację, psychodeliki lub inne środki, mających na celu przywiedzenie ich umysłów do teraźniejszości lub też wywołanie stanów świadomości wybiegających poza normalność. I żadne inne słowo nie jest w stanie połączyć tego spektrum doświadczeń z naszym życiem etycznym”.

Już na początku możemy zauważyć, że Harris postrzega praktyki duchowe jako coś w zasadzie związanego z doświadczeniami, z celowo wywołanymi zmianami świadomości. Wątek ten przewija się w sposób niepozostawiający wątpliwości przez całą książkę.

„Badanie natury samej świadomości i przetwarzanie jej zawartości poprzez świadomy trening jest podstawą duchowego życia”.

Jeśli wywoływanie zmian w świadomości jest tym, co Harris ma na myśli, mówiąc o duchowości, to jasną rzeczą jest iż nie załatwi tego jaka bądź tradycyjna filozofia wieczysta i nie ukrywa on swoich zastrzeżeń w tym względzie.

„Choć doświadczenie autotranscendencji jest w zasadzie dostępne dla każdego, to możliwość taka jest w słabym tylko stopniu poświadczona w religijnej i filozoficznej literaturze Zachodu. Jedynie buddyści i adepci adwaity wedanty […] dają jasno do zrozumienia, że życie duchowe polega na przezwyciężeniu iluzji jaźni poprzez zwracanie szczególnej uwagi na nasze doświadczanie chwili teraźniejszej”.

Nie powinno zatem budzić zdziwienia, że natura naszej duchowości oraz recepta na nią brzmią w tym kontekście w dużym stopniu jak niereligijna forma buddyzmu. Nasz problem polega na tym, że nasze przyjemności są ulotne i zmienne, a nasze istnienie wydaje się wypełnione niezliczoną ilością różnych form cierpienia. W rezultacie jesteśmy wciąż miotani pragnieniami i lękami, których głównym objawem jest stałe trajkotanie myśli, zatłaczających nasz świadomy umysł do tego stopnia, że myśli te i przedmiot ich rozważań bierzemy omyłkowo za nas samych. Jeśli jednak przyjrzymy się uważnie zawartości świadomości, krok po kroku, zauważymy iż nie jesteśmy naszymi myślami, a jeśli podrążymy trochę głębiej, to zobaczymy że – w pierwszej kolejności – nie ma żadnego myśliciela. Dla Harrisa kluczem do wolności jest obserwowanie iluzorycznej natury jaźni. Aby nam w tym pomóc proponuje bardzo podstawowe ćwiczenie medytacyjne oparte na oddychaniu.

Ci, którzy zetknęli się z praktyką medytacji zapewne pamiętają, że początkujący mają wiele pytań. Jak długo i często powinnam praktykować? Jak sprawić, żeby stało się to moim zwyczajem? Skąd wiem, czy robię to dobrze i czy robię postępy? Jak postępować ze znudzeniem, roztargnieniem, sennością, trudnymi emocjami? Jak włączyć moje doświadczenia medytacyjne w codzienne życie? Niestety, właśnie w tym miejscu kończą się duchowe wskazówki Harrisa.

Zamiast tego wdaje się on w analizę tego, co nauka wie, a czego nie wie o ludzkiej świadomości. Zaczyna od przypomnienia tak zwanego „twardego problemu” w teorii świadomości i przyznaje rację filozofom, którzy utrzymują iż wyłonienie się świadomości z procesów nieświadomych jest nierozwiązywalną tajemnicą. To, że omawia takie zjawiska jak podzielona świadomość w mózgach z chirurgicznie przeciętym spoidłem wielkim oraz przetwarzanie podświadomych informacji w mózgu, wydaje się świadczyć o próbie wspierania naukowymi dowodami wynikłego z medytacji przeświadczenia o tym, że doświadczanie jaźni jako jednolitego homunkulusa, hasającego po naszej głowie, to złudzenie.

Następnie Harris przechodzi do analizy tego, co – jak się nam wydaje – jest jaźnią. Rozważa takie elementy jak sprawczość osobowa, ciągłość jaźni, wewnętrzny dialog myśli oraz mentalne struktury umożliwiające nam tworzenie „teorii umysłu” odnoszących się do innych ludzi. Jeśli zbadamy uważnie którykolwiek z tych składników, pojedynczo lub grupowo, pod kątem naukowym, filozoficznym lub z punktu widzenia naszego własnego doświadczenia, zauważymy że iluzja jaźni nie wychodzi cało z prób jej znalezienia. W dalszej części Harris podaje argumenty na rzecz medytacji jako narzędzia do introspektywnej analizy jaźni.

Ostatni rozdział to miszmasz luźno powiązanych z sobą idei – opinii Harrisa o guru (o ile należy studiować u „eksperta”, to związek mistrz-uczeń narażony jest na nadużycia, więc uważaj co kupujesz), doświadczeniu śmierci (bzdura) i środkach halucynogennych (ujawniają zdolność umysłu do przeobrażającego wglądu, lecz mogą być niebezpieczne i niekoniecznie są potrzebne). Docieramy do końca książki, wysłuchawszy bardzo interesujących rozważań na temat życia duchowego, lecz otrzymawszy bardzo skąpe porady na temat tego, jak je prowadzić.

(recenzja książki Sama Harrisa Waking Up autorstwa Marka Knickelbine)

koniec części pierwszej

część druga