Tagi

, , ,

2014-09-08 13.58.50Od paru dni prawie nie wychodzę z domu. Prześcieradła zbiły się w bułę w nogach łóżka, ubrania rozrzucone po całej podłodze, a niedojedzone puszki z zupą i do połowy opróżnione tubki z pastylkami witaminy C przyglądają się pobojowisku z wysokości biurka i krzeseł.

Jest cudownie! W sumie tak, jak w czasie milczących odosobnień medytacyjnych – nic, tylko siedzenie i przyglądanie się, jak moje myśli i emocje pojawiają się i odchodzą. Oczywiście to, że w ten sposób spędzam czas, spowodowane jest czymś innym. Gdy jesteś w chatce pustelnika w lesie, bez prądu, dzieje się tak dlatego, że nie ma w zasadzie nic więcej do roboty i dlatego, że właśnie po to tam się znajdujesz. Tu, w domu, robisz to ponieważ brak ci sił na cokolwiek innego.

I to jest błogosławieństwo. Ponieważ gdy tak przyglądam się swojemu umysłowi, jak masowo wypluwa z siebie myśli – z których większość dotyczy tego, jak mógłbym mile spędzić czas przez najbliższy kwadrans albo pół godziny – mogę wyrobić sobie pojęcie o tym, jak wiele czasu spędzam robiąc, co tylko w mojej mocy, aby uciec od siebie samego. Chcę czuć się rozproszony, zajęty, zapracowany. Chcę wykonywać jakieś czynności, które dadzą mi poczucie, że robię coś ze swoim czasem – i najczęściej nie ma żadnego znaczenia, co to jest, o ile tylko sprawia wrażenie produktywności. Oglądnąć powtórkę serialu komediowego „Parks and Recreation”? Jasne! Uporządkować przyprawy na półce? Czemu nie! Chcę, tak mi się wydaje, mieć poczucie, że spędzam czas w sposób, który będzie rozpoznawalny dla innych ludzi, w sposób który mógłby uchodzić za odpowiedź na pytanie: „Co dziś robiłeś?”.

Lecz przez te kilka ostatnich dni nie miałem sił, żeby robić tego typu rzeczy. Prawdę mówiąc, kiedy się nad nimi zastanawiałem, często odrzucała mnie wymowna oczywistość mojego dążenia do bycia zajętym, moje pragnienie robienia czego bądź, byleby tylko nie spędzać czasu sam na sam z sobą. Używając buddyjskiej terminologii, odczuwałem odrazę do tego, jak mój umysł bezustannie starał się coś złapać – coś solidnego, coś przyjemnego, coś innego niż tamto.

I nawet w tych chwilach głębokiego zrozumienia instynkt lgnięcia i przywiązania ulega wzmocnieniu. Co, zbyt zmęczony żeby wstać i zrobić obiad? Może lepiej zostań w łóżku i sprawdź pocztę w telefonie? Albo odhacz zadania, które nagromadziłeś w swojej aplikacji z notatkami. Ten instynkt może nawet przybrać formę mądrości: chyba jeszcze nie umarłeś, no nie? Więc może uda ci się zrobić przynajmniej jedną rzecz!

Lecz jeśli przysłucham się uważnie, dostrzegę że nie jest to głos mądrości. To głos nerwicy, ego, które nie wie jak istnieć w świecie inaczej, niż poprzez tworzenie nigdy niekończącego się strumienia prac do wykonania. Gdyby przełożyć to na język mówiony, brzmiało by to tak: rób coś, rób coś, rób coś, rób coś!

Taki właśnie jest, jak widzę, ten głos, obecny cały czas w tle – planujący bez przerwy moją następną czynność w samym środku obecnej (co zrobię, gdy skończę ten tekścik? Wystawię go od razu? Zrobię sobie przerwę i wrócę do niego później? A jeśli zrobię sobie przerwę, to jak spędzę ten czas? Przekąska? Prysznic? I tak dalej, bez końca).

Głos zaczyna przemawiać głosikiem, prosząco, skomląco; moje ciało czuje się nieswojo. Nie wiedziałem, że jestem aż tak chory.

(matt bieber)

***

Matt jest pisarzem, dzielącym się swoim doświadczeniem z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi i z medytacją. Jest też także pisarskim freelancerem