Tagi

2014-04-24 12.45.23Dawno temu miałam okazję wziąć udział w rejsie po Morzu Śródziemnym. Właśnie skończyłam liceum i przechodziłam ten trudny okres przejściowy, kiedy to nie wiesz, co wydarzy się w następnej kolejności. Chciałam się zrelaksować, ale też miałam nadzieję, że duchowe poszukiwania doprowadzą do jasności, epifanii i odpowiedzi.

I któregoś dnia poczułam, że chyba znalazłam je na greckiej wyspie Santorini.

Pośród oślepiających bieli, szafirowych błękitów, skąpanych w słońcu uliczek i plaży pokrytych czarnym piaskiem poczułam się, jakbym wylądowała w krainie utopii.

Tam, gdzie wszystko było bardziej świetliste i żywsze, mój umysł poczuł się przejrzysty, a moje serce poczuło nadzieję. Nagle miałam wrażenie, że odnajdę swą drogę i wszystko w moim świecie będzie tak, jak trzeba.

Gdy tak leżałam na plaży utworzonej przez wulkaniczne popioły, skąpana w szczęściu, wiedziałam że chcę zapamiętać ten moment, uchwycić to odczucie i zatrzymać to miejsce.

Zeszłam na dół, na brzeg, gdzie nagromadziły się setki kamieni. Wszystkie były czarne jak noc, owalne i błyszczące. Wzięłam kilka i poczułam się, jakbym trzymała w dłoniach okruchy raju.

Zebrałam ich chyba z tuzin. Miałam zamiar owinąć je w ręcznik, zabrać do domu i umieścić w ozdobnym słoju, tak by zawsze przypominały mi o pięknie Santorini.

Wyobrażałam sobie siebie w przyszłości, z powrotem w domu, o tysiące mil i wiele godzin od tego przepełnionego spokojem sanktuarium.

Myślałam, że te skały staną się miniaturowym punktem odniesienia za każdym razem, gdy poczuję się źle lub zagubiona – że wystarczy, iż spojrzę na te czarne bryłki, a zostanę przeniesiona w czasie z powrotem do tej chwili, że powróci wspomnienie Santorini i od razu poczuję się lepiej.

Gdy wróciłam do domu, odwinęłam kawałki skał i od razu poczułam rozczarowanie.

Te odłamki nie były już okruchami raju.

Bez drgającego słońca i migocących wód Morza Egejskiego straciły całą swoją magię i splendor.

Trzymałam w ręku kupkę szaro wyglądających kamieni. W domowym świetle, z dala od greckiego piasku zobaczyłam, że nie zapierały już tchu w piersiach, że straciły swój naturalny połysk i z całą pewnością nie były już tak niezapomniane.

Były po prostu… no cóż, kawałkami kamieni.

Nie powróciły do mnie wspomnienia z plaży. Zamiast tego poczułam się wytrącona z równowagi tym, że to, czego od nich chciałam, nie było z pewnością tym, czym były. Gdzieś w głębi racjonalna część mojego mózgu wiedziała że to śmieszne, tym niemniej złość nie mijała.

Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę z tego, jaki w gruncie rzeczy otrzymałam od tych kamieni podarek. Nauczyły mnie kilku ważnych rzeczy.

W życiu mamy tendencję do brania czegoś i przerabiania tego na coś innego. Czy to działa? Czasami na pewno. W końcu możemy wziąć cytryny i przerobić je na lemoniadę; możemy wziąć czyste płótno i zrobić z niego piękne malowidło.

Lecz częściej zdarza się, że nie możemy zmienić czegoś w coś, czym nie może być.

Czasami skała jest tylko skałą. Niczym więcej. Niczym mniej. Po prostu skałą. I żadne życzenia, manipulowanie, zmuszanie czy pobożne myślenie tego nie zmienią.

Czyż to nie wspaniałe?

Świadomość tego może pomóc w zaoszczędzeniu sporej ilości energii, traconej na frustrację i smutek.

Skały się nie zmieniły – ani odrobinę! Ale to, jak je postrzegałam, tak! Odczucia, które wywoływały i ta wspaniała chwila w Santorini po prostu minęły. Utknęłam pomiędzy chęcią zatrzymania ich a koniecznością ustąpienia i pozwolenia, by odeszły.

Często staramy się tak bardzo zatrzymać coś z przeszłości, że nie zauważamy tego, co mamy tuż pod nosem w chwili obecnej.

To samo jest odnosi się do ludzi, których spotykamy w naszym życiu. Czasami próbujemy – przez przypadek lub celowo – sprawić by ci, których kochamy byli bardziej tymi, jakimi chcemy by byli, zamiast doceniać to, kim już są. Chcemy by byli tacy, jakimi zwykli byli być niegdyś lub jakimi mogliby być, a nie tymi, kimi są teraz.

Pamiętam, że kiedy przyszło do mnie tamto objawienie, jedna z moich najstarszych i najtrwalszych przyjaźni właśnie się rozsypywała. Było ku temu wiele powodów, lecz w ostatecznym rozrachunku myślę, że chodziło o to, że obie nie byłyśmy w stanie zobaczyć się nawzajem takimi, jakimi faktycznie wówczas byłyśmy.

Próbowałyśmy wcisnąć się nawzajem w role osób jakimi byłyśmy wtedy, gdy nasze ścieżki skrzyżowały się po raz pierwszy, całe lata wcześniej.

I jest to coś, co próbujemy też narzucać samym sobie. Chcemy ulepszyć milion rzeczy, zamiast po prostu uznać nasze słabe i mocne strony i postępować zgodnie z nimi.

Rzadko kiedy akceptujemy to, kim jesteśmy w chwili obecnej, ponieważ tak bardzo zajmuje nas rozpatrywanie tego, kim chcemy być w przyszłości lub rozstrząsywanie młodszych wersji nas samych.

Nie wiem, co sprawiło że akurat teraz przyszły mi na myśl te kamienie z Santorini – te, z których nie zrobiłam ładnej wystawki – lecz jestem zadowolona, że tak się stało.

Jestem wdzięczna za przypomnienie, że dobrze jest, jeśli akceptujemy rzeczy lub sytuacje takimi, jakimi są i jeśli tak samo podchodzimy do ludzi. Kiedy przestajemy postrzegać rzeczywistośc przez pryzmat tego, by wszystko było takie, jak chcemy żeby było, a zaczynamy widzieć rzeczy takimi, jakimi po prostu są, życie płynie o wiele spokojniej.

Koniec końców lepiej pozwolić, by ludzie i rzeczy błyszczały tam, gdzie są i w sposób, który jest dla nich naturalny.

(angie sarhan)


Tekst Angie Sarhan Accepting things for what they are instead of resisting change po raz pierwszy ukazał się na na Tiny Buddha

Blog Angie Sarhan