Tagi

, , , , , ,

alicanteTo, co moje „ja” ma wspólnego z „ja” innych, to to, że oba są konstruktami iluzorycznymi, konceptami umiejscowionymi w umyśle, który je wytworzył i które bez przerwy modyfikuje. Zazwyczaj łatwiej nam dostrzec zwodniczość ego drugiej osoby niż nierzeczywistość naszego własnego, gdyż sytuację, w jakiej ktoś się znajduje, obserwujemy z zewnątrz. Tym niemniej, gdy wchodzimy w interakcję z innymi ludźmi, ega obce zaczynają tworzyć część naszej własnej egotycznej projekcji i wówczas nie jesteśmy już w stanie zobaczyć nierealności „ja” drugiej osoby, ponieważ umieściliśmy je w naszej własnej fikcji i stało się jej częścią, a w fikcję tę wierzymy my sami.

Jeśli działam, będąc przekonanym iż moje „ja” i jego interakcja ze światem są jak najbardziej autentyczne, będę wówczas próbował narzucić moje zamysły tokowi wydarzeń i będę dążył do tego, by ludzie wokół byli pionkami w mojej grze na tej olbrzymiej szachownicy, którą zdaje się być życie. Każdy stara się, by to właśnie jego plany zatriumfowały i – z tego punktu widzenia – postrzega bliźnich albo jako wrogów albo jako sprzymierzeńców swoich własnych strategii. Stąd też wywodzą się te wszystkie życiowe perypetie: walki, sukcesy, zdrady, sława i rozczarowania.

Wydaje nam się, że jesteśmy głównymi aktorami naszego życia o wiele bardziej, niż ma to miejsce w rzeczywistości. I nie chcemy przyznać jak mało z tego, co sie wydarzyło, jest tak naprawdę wynikiem tego, co nazywamy „wolną wolą”. Sytuacja, w jakiej się znajdujemy o wiele bardziej przypomina aktora, który odgrywa określoną rolę w określonej sytuacji. Dialog i sceny już są napisane – my tylko musimy odegrać wszystko jak najlepiej potrafimy.

Nasz stosunek do pozostałych postaci będzie zależał od tego, jaki stopień realności przypisujemy temu, co wydarza się w scenariuszu. Jeśli będziemy się nadmiernie identyfikować z teatralną rolą, którą przyszło nam odgrywać, zapominając o naszej funkcji statystów, ryzykujemy tym, że w końcu zaczniemy myśleć, że wszystko to, co dzieje się na scenie, dzieje się naprawdę. Kiedy to ma miejsce, ludzie tak bardzo na serio biorą wątek wydarzeń, że dają wyraz swoim odczuciom do granic możliwości. I tak każdego dnia widzimy, jak się zabija, zdradza, wymusza, wyrządza innym olbrzymie szkody – wszystko po to, by móc ulec złudzeniu, że jest się wygranym na deskach tego teatru ułudy, jakim jest życie.

Bardziej adekwatnym i odpowiednim byłoby zdać sobie sprawę, że tak samo jak „ja” próbuję jak najlepiej odegrać moją rolę, tak samo druga osoba, współdzieląca ze mną ten sam scenariusz, także próbuje wypaść jak najchwalebniej w swojej interpretacji. Że tak samo, jak w pewnych scenach cierpię „ja”, tak samo ten drugi czy druga znajdują się w tej samej sytuacji. I nie tracić z oczu, że końcem końców jesteśmy tylko obsadą tego samego spektaklu i że po jego zakończeniu moglibyśmy pójść razem odpocząć i wypić szklaneczkę.

(vicente simón, iniciación al mindfulness, str. 77-79)